16 listopada 2012

Ostatni artefakt cz4

Część czwarta, zapraszam do czytania i liczę na Wasze opinie ;-) 

*Ostatni artefakt - 4*

Kirin siedziała po drugiej stronie ogniska, naprzeciw mnie. Nazwałem ją tak dziś rano, a ona przyjęła imię, nagradzając mnie milczącym skinieniem głowy. Zaśmiała się nawet, gdy oznajmiłem, że słowo to w starożytnym języku oznacza mała myszkę. Jej śmiech jednak ucichł dziwnie już po chwili i znów stała się milcząca.

Niewiele rozmawialiśmy w ciągu dnia. Miałem nadzieje, że natkniemy się na jakiś wóz, chociaż pocztowy, ale szczęście nie chciało nam sprzyjać. Szliśmy więc skrajem drogi. Ja – niosący coraz cięższe siodło i milcząca Kirin.


Nie znosiłem podróżować sam. Z tego też powodu dołączyłem do karawany Jarla. Musicie wiedzieć, że nie byłem najemnikiem, ani nikim takim. Nie brałem od nich pieniędzy, szedłem z nimi głównie dla towarzystwa, kuchni żony Jarla – Adeli i wspólnego bezpieczeństwa, a także szczebiotania Veli, która wręcz umilała każdy dzień wędrówki. Układ był banalnie prosty. Ja polowałem i, przy odrobinie szczęścia i wyobraźni, wyglądałem groźnie, a oni traktowali mnie niemalże jak członka rodziny.

Podróż z milczącą towarzyszką była nie do wytrzymania. Nie minęło sporo czasu, a musiałem zapytać.
- Zmierzasz tylko do Weron, czy kierujesz się gdzieś dalej?
Zatrzymała się i zwróciła kaptur w moją stronę. Weron było najbliższym większym miastem, przynajmniej z tych zaznaczonych na krajowych mapach. Nie miało może wielu mieszkańców, ale prosperowało dobrze, gdyż przewijało się przez nie niezliczona ilość kupców, co powodowało jednocześnie, że miasto było dobrze zaopatrzone we wszelkie dobra. Do Weron było jeszcze jakieś trzy dni piechotą i z tego, co się orientowałem, droga nie była usiana wioseczkami, czy gospodarstwami. Logicznym był więc wniosek, że zmierzała albo do miasta, albo przez nie. Kirin wyciągnęła przed siebie palec wskazujący i pokazała w stronę, w którą szliśmy.
- Idę tam – odparła.
I tyle było rozmowy na ten temat. Teraz siedzieliśmy skryci w lesie przy niewielkim ognisku, a słońce chyliło się ku zachodowi. Kirin przysiadła na stopach - jak poprzednio – i znów z lubością gładziła kostur. Zapach pieczonego zająca drażnił nozdrza przyjemnie. Dziewczyna nie jadła i nie chciała podać powodów. Zbyła machnięciem ręki moje obawy odnośnie tego, że popadnie w anemię i zemdleje, a wtedy – co już dodałem żartem – będę musiał nieść i ją i siodło.
- Czego szukałaś wtedy w nocy? - zapytałem, przegryzając mięso.
Uniosła nieco głowę, ale nadal nie widziałem nic pod kapturem, to zaczynało mnie powoli irytować. Jej dłoń, dotąd machinalnie gładząca kostur, jakby był spragnionym pieszczoty kotem, zatrzymała się w powietrzu. Nastąpiła długa chwila ciszy, podczas której spokojnie dokończyłem królicze udo.
- Artefaktu – odpowiedziała.
Uniosłem na nią spojrzenie.
- Znalazłaś go? - chciałem wiedzieć.
Co prawda już o to pytałem, ale może kłamała? Teraz gdy powiedziała, czego szukała, mogła okazać więcej szczerości, nie zaszkodziło spróbować.
- Nie – pokręciła głową – zabrali go.
- Kto?
- Zakon kropli.
Wzdrygnąłem się. Wiedziała zatem kto nas napadł. Wiedziała tez zapewne, że nas tropili. Sama śledziła karawanę w nadziei zdobycia tego przedmiotu. Złość we mnie wezbrała, a przed oczami stanęło mi martwe spojrzenie Veli. W uszach aż zadzwoniło, gdy przypomniałem sobie krzyki Jarla i jego ludzi. Kirin wiedziała. Nie była podróżnikiem, tak jak mi mówiła. Nie znalazła się tam przypadkiem. Wiedziała.

Wstałem.
- Co to za artefakt? Jak wygląda? - zapytałem, idąc do niej.
- Nie wiem – odparła.
- Skąd zatem wiedzieli, że jest w karawanie?
- Wyczu...
Głowa jej odskoczyła, kiedy trzasnąłem ją w twarz. Uderzenie wydało dziwnie głuchy dźwięk, kiedy materiał kaptura zetknął się ze skórą.
- Dlaczego mnie okłamałaś? - wrzasnąłem.
To, że uderzyłem kobietę w ogóle nie zrobiło na mnie teraz wrażenia. Byłem wściekły do granic możliwości. Jakaś zgraja fanatyków wymordowała grupę kupców dla durnego przedmiotu, o którego istnieniu Jarlo pewnie nawet nie miał pojęcia! A ona wiedziała, szła za nami, wiedziała i nie ostrzegła!
- Dlaczego nas nie ostrzegłaś?! - krzyczałem dalej – Dlaczego nic nie powiedziałaś?!
Darłem się, wnerwiony tak bardzo, że nawet nie dopuszczałem do myśli prostych rozwiązań. Mogliśmy jej zwyczajnie nie uwierzyć, mogła nie zdążyć, mogła nie czuć się na siłach, ale przecież wtedy nie wpadła by między walczących, cholera jasna nie miała powodu mnie okłamywać! To już się stało i jej kłamstwo życia by im nie zwróciło. Nie miałem nawet ochoty zastanawiać się, że prawda odniosłaby podobny skutek. Kirin na wpół leżała z dłonią skrytą pod kapturem. Schyliłem się, by chwycić ją za ramiona, ale zerwała się gwałtownie. Uderzyła mnie głową w brodę, zęby mi zadzwoniły. Zatoczyłem się, a ona chwyciła sztylet. Zamachnąłem się niezgrabnie, by wytracić broń z jej reki, ale odchyliła się do tyłu tak mocno, że przez sekundę myślałem, że wywali się na plecy. Podniosła się równie zwinnie i chyba bez wysiłku, po czym natarła na mnie. Wymijając moją dłoń, przywaliła mi łokciem w klatkę. Cios powalił mnie na tyłek i na chwilę zaparło mi dech. Kirin skoczyła na mnie, przygniotła do ziemi i przystawiła sztylet do gardła.
- Jeszcze raz mnie dotknij... - syknęła.
Dopiero teraz spostrzegłem, że kaptur spadł jej z głowy.  
>>*<<

1 komentarz:

  1. Wciągasz mnie tym ......bardzo się robi ciekawie.....już nie mogę się doczekać kolejnej części...agnieszkam86

    OdpowiedzUsuń